środa, 11 listopada 2015

Dzień Niepodległości 2015

Czym dla mnie jest Dzień Niepodległości?
Głównie możliwością korzystania z wolności. Zamiast manifestować mogę spotkać się na biwaku z kolegami i koleżankami. Odpocząć, porozmawiać. Ale też i napić się wspólnie procentów. W krajach muzułmańskich byłoby to nie do pomyślenia. Mają takie zwyczaje i ja je szanuję. Więc się do nich nie wybieram.
Stopniowo tradycją grupy Śląsko-Dąbrowskiej reconnet.pl stają się niepodległościowe spotkania w sosnowieckiej jungli. Ta jungla tak jak opinia Sosnowca jest zła. Wystarczy odejść 100 metrów od obozowiska i się zgubić. A jednocześnie w Dzień Niepodległości można przy obozowym ognisku posłuchać muzyki patriotycznej granej przez orkiestrę.
W tym roku zamiast gęsi na Świętego Marcina był królik nadziewany jabłkami z cynamonem.
Na przyszły rok gąskę raczej osobiście zabezpieczę.
W imprezie brało udział 6 osób. Żarcia terenowego było aż nadto ale podam przepis na kluski tlone będące potrawą spożywaną w Galicji zachodniej. Prostą i ubogą.

    Składniki podstawowe:
    1/2 kilograma mąki pszennej lub żytniej
    100-150 gram słoniny (wędzona lepsza)
    2 litry wrzącej wody
    sól i pieprz do smaku


Mąkę prażymy (cały czas mieszając) na stabilnym ogniu/żarze w garnku o grubym dnie tak aby uzyskała złoty kolor. Następnie zalewamy wrzątkiem do konsystencji gdy ciasto zacznie się rwać. Wykładamy na talerze okraszając wytopionym tłuszczem ze słoniny i skwarkami. Doprawiamy wg. uznania solą i pieprzem.

Ubogacenie pieczonych polega na:
- wykonaniu wywaru (wrzątku) z grzybami zieleniatkami (gąskami zielonymi),
- dodaniu do okrasy boczku i cebuli,
- wbiciu do gorących klusek jajka aby się ścieło.

Potrawy jakie jedliśmy w ciągu dwóch dni:
- pikantne kiełbaski rumuńskie bez osłonek,
- mamałyga z brydzą,
- pieczone po cabańsku,
- grilowane nerki królicze,
- królik z jabłkami, majerankiem i owocami jałowca,
- kluski tlone,
- tradycyjna zupa z tego "co wlezie" ( nie zmieścił się pasternak),
Ogólnie był to wypad pełen wrażeń intelektualnych i kulinarnych.









piątek, 12 kwietnia 2013

Od Jungli do Jungli

Dużo wody przepłynęło w rzece a na moim blogu posucha zawitała. Przełożyła się na to przeprowadzka do nowego mieszkania i mało "kierunkowych" wyjść w teren. Ostatni wpis dotyczył wypadu pod koniec sierpnia do sosnowieckiej jungli. W ubiegły weekend przepędzałem tam przedłużającą się zimę. :-)
Pozwólcie, że cały okres posuchy opiszę kilkoma fotkami:

 Owoce śliwy tarniny - wrześniowy rekonesans w poszukiwaniu zasobów do produkcji nalewek.

Jabłoń rosnąca przy dawno porzuconych polach - wrześniowe rozpoznanie zasobów do suszenia/przepędzenia.

Październikowa wizyta na "naszej" wyspie.

Rewelacyjne opieńki w śmietanie przygotowane przez Docza (wyspa X'12).

Na wyspie taką ilość grzybów zbiera się w 20 minut.

Standardowo na wyspie w kociołku bulgocze gęsty gulasz grzybowy.
Tutaj w towarzystwie kurczaka.

Frytki z korzenia łopianu większego (wyspa X'12)
 
Listopadowe suszenie. Rozpoczął się wysyp podgrzybków.
Ostatecznie sznurki musiała zastąpić elektryczna suszarka.
 

Styczniowa gąska z okolic wyspy.
Nadziewana siekanymi podrobami z cebulą i czosnkiem niedźwiedzim (mrożonym)

Kwietniowe "przepędzanie zimy" w Jungli
tarninówką Docza i kurakiem z kija.

Wątróbki drobiowe duszone z cebulką i doprawione majerankiem (Jungla IV'13).

Listopadowe podgrzybki, marynowane i spożywane w kwietniu roku następnego pod tarninówkę (Jungla IV'13).

Zupa cebulowa z grzankami na ostro (Jungla IV'13).
 
A co dalej...? Zobaczymy :D


sobota, 1 września 2012

Sosnowiecka "jungla" - skrót

Jak to zwykle bywa najlepiej wypadają wszelkiego rodzaju "spontany". W takim klimacie wpadłem na błyskawicznę wizytę do sosnowieckiej jungli wraz z Doczem, Młodym i gościnnie Kalykiem.
Jungla w Sosnowcu opiera się o Przemszę co sprawia, że teren niełatwo poddaje się penetracji w wykonaniu osób postronnych. Na miejsce dotarłem po zmroku, wiedziony namiarem GPS i w końcowej fazie światłem ogniska. Powitało mnie skromne acz zacne grono leśnych wędrowców.
Po zabezpieczeniu noclegu znalazłem sobie wygodny kawałek powalonego pnia, który pozwolił mi przesiedzieć wygodnie do czasu gdy znużone towarzystwo zaczęło coraz mniej udzielać się w dyskusji. W końcu nadszedł ten czas gdy Doczu (który był po nocce) zaczął niepokojąco chylić się w kierunku ogniska i ostatecznie poszedł "zmrużyć oczy na godzinkę". Godzinę później zdecydowaliśmy z Młodym, że też idziemy w kimę. Nocka była ciepła więc spałem w "biedronkowym" hamaku. Reszta poszła po najmniejszej linii oporu dekując się w namiotach.

Ranek uczciłem kubkiem gorącej kawy i zaspokoiłem głód kiełbasą śląską upieczoną na patyku.
 Doczu działa w bazie

Następnie na rożen powędrował kurczak i powoli nabierał rumieńców w oczekiwaniu pory obiadu. Zakończywszy prace w bazie zacząłem szwędać się po okolicy. Posucha sprawiła, że nie obrodziły grzyby co potwierdził dodatkowo starszy grzybiarz przemierzający pobliże naszego obozowiska. Szperając jednak dokładniej wynalazłem jednego koźlarza a także na powalonym drzewie, które służyło nam za ławę, sporo owocników boczniaków ostrygowatych.
 boczniaki ostrygowate

 Młody boczniak po uprażeniu na kiju był w smaku nieco podobny do rydza z blachy.
 boczniak "z kija"

Starsze, nieco łykowate egzemplarze przeznaczyłem jako dodatek do zupy. Zupa powstała z myślą o wegetariańskich zapędach Młodego. Bazą były pokrojone w kostkę ziemniaki, grzyby i liście ostrożnia warzywnego. 



Przyprawy to sól, pieprz i liście macierzanki piaskowej. Objedzeni zrobiliśmy się nieco ociężali i senni. Wszystko co miłe niestety szybko się kończy. Z żalem zapakowałem manele do plecaka i przy coraz silniej padającym deszczu udałem się na opuszczoną stację benzynową gdzie czekał na mnie, zamówiony telefonicznie, transport.