wtorek, 1 listopada 2011

Kulinarne Warsztaty Dzikiego Gotowania Łukasza Łuczaja

Zwiedzając w ubiegłym roku Pogórze Strzyżowsko - Dynowskie zaplanowałem sobie, z 1,5 rocznym wyprzedzeniem, kolejną na nim wizytę. Tym razem celem był udział w jesiennej edycji Warsztatów Dzikiego Gotowania prowadzonych przez dr Łukasza Łuczaja (wiki, strona prywatna). Ostatnie w tym roku warsztaty miały odbyć się na początku września co zupełnie nie leżało w moim interesie, gdyż byłaby to impreza jeszcze zahaczająca o lato. Szczęśliwym trafem (lub dzięki sile Coriolisa czy też tzw. "efektowi motyla"), Łukasz zorganizował jeszcze jedną edycję w ostatni weekend października.
W piątek, tuż po południu, wesoło pomykałem sobie moim czerwonym bolidem w kierunku Podkarpacia. Ze względu na standardowe korki między Krakowem a Tarnowem droga z planowanych 3,5 godziny zrobiła się 5-cio godzinna. W przyszłym roku czekają nas organizowane, wspólnie z Ukrainą, Mistrzostwa Europy w kopaniu "szmaty" i wydzieraniu ... "twarzy" co w związku ze stanem dróg może oznaczać, że jednak Majowie wieszczący katastrofę 2012 mieli rację. 
Na miejscu okazało się, że na zimne, przedlistopadowe warsztaty skusiło się niewiele osób pomimo, że były organizowane w ciepłej, drewnianej chacie. W piątek uczestnicy, którzy dotarli (szt. 2), spali po królewsku. Kolega z Warszawy miał do dyspozycji całą, ogrzewaną kominkiem izbę a ja już znacznie wcześniej zaplanowałem nocleg poza czterema ścianami.
W sobotni ranek, gdy pojawiły się kolejne 3 osoby zaczęliśmy pozyskiwać rośliny do śniadania. Przy okazji Łukasz prezentował nam inne gatunki roślin jadalnych. Ostatecznie na talerzach wylądowały placki/racuchy z żywokostem i posiekany liść rzepaku na przekąskę. 
placko-racuchy z żywokostem lekarskim

Po odbudowaniu nadwątlonych sił, powędrowaliśmy pod górę celem zdobycia czegoś bardziej konkretnego na obiad. W trakcie wędrówki grupa poznawała mijane rośliny, które bardziej lub mniej nadawały się do spożycia. Przed wejściem do lasu przegryźliśmy po kilka orzeszków bukowych i nakopaliśmy trochę kłączy czyśćca błotnego. 
zdobywanie wiedzy

A w lesie czekał nas kolejny zastrzyk wiedzy i ukryte poletko myśliwskie z rosnącym na nim topinamburem. Tutaj postój trwał dłużej, gdyż znowu w ruch musiały pójść łopaty. W drodze powrotnej, do worków trafiły jeszcze, owoce kasztanów jadalnych (nasadzonych przez organizatora), liście pokrzywy i ostrożnia łąkowego oraz kilka cebulek czosnku niedźwiedziego a także kilka ocalałych po przymrozkach grzybów.
Obiad składał się z zupy, której bazę stanowiły posiekane liście ostrożnia łąkowego i porzyw, plasterki bulw słonecznika bulwiastego. Znalazły się w niej też zebrane grzyby i trochę posiekanego liścia rzepaku. Jako dodatkowy zapychacz posłużył ugotowany oddzielnie ryż. Zupa była w wersji ortodoksyjnej (bez przypraw) i pikantnej - curry. 
 zielona zupa w wersji ortodoksyjnej

Jako danie "drugie" zaserwowano frytki z kłączy czyśćca błotnego i chipsy z bulw słonecznika bulwiastego (topinamburu). 
 frytki z kłączy czyśćca błotnego

Oprócz tego, najmłodszy uczestnik znalazł gniazdo pospolitych mrówek, kilka wiji i larwę, które zostały uprażone jako szybka przekąska.
Po chwili przerwy znów ruszyliśmy w teren. Tym razem zbieraliśmy tarninę ale po drodze uczestnicy warsztatów mogli zapoznać się z wieloma innymi roślinami jadalnymi. Do ciekawszych należały kokoryczka wielokwiatowa o jadalnych (po odpowiednim przygotowaniu), bogatych w skrobię kłączach i owocująca konwalijka dwulistna. Jej czerwone owoce nadają się do spożycia tylko w niewielkiej ilości (zawierają saponiny i glikozydy nasercowe).
Na kolację jedliśmy makaron z mąki uzyskiwanej z kłączy paproci orlicy (kupiony przez Łukasza w Chinach, w którymś z wpisów postaram się opisać proces przygotowywania takiej mąki) z posiekanymi liśćmi pokrzywy i cebulkami czosnku niedźwiedziego. 
makaron z orlicy z zielonym dodatkiem

Do tego na przegryzkę podano odgoryczone, gotowane żołędzie, gotowane cebule lilii i orzechy kotewki (którą Łukasz hoduje)
gotowane cebule lilii

Niedzielny ranek zaczął się na pobliskiej łące gdzie zbieraliśmy liście wrotycza pospolitego i krwawnika pospolitego. Zostały one użyte jako przyprawa do jajecznicy przyrządzonej z wrotyczem na sposób angielski i krwawnikiem na sposób bodajże podkarpacki.
Po nabraniu sił i wyłuskaniu kasztanów z kolczastych łupinek, ruszyliśmy w teren. Tym razem do worów trafiła dzika róża, liście barszczu zwyczajnego i podbiału, korzenie dzikiej marchwi, korzenie wiesiołka. Dodatkowo zaliczyliśmy spacer przez dębową szkółkę Łukasz i wykopaliśmy kilka bulw żywca gruczołowatego oraz korzeni łopianu.
dzika marchew (u góry) i podobna do niej trybula leśna (u dołu)

Obiad przygotowany na ognisku składał się z curry przygotowanego z kłączy czyśćca błotnego, bulw słonecznika bulwiastego posiekanych na plasterki, korzeni dzikiej marchwi, cebuli, liści pokrzyw i barszczu zwyczajnego, namoczonych wcześniej i ugotowanych nasion wyki ptasiej, odgoryczonych żołędzi, grzybów i makaronu ryżowego (kluseczek?) w postaci szerokich wstążek.
 wieloskładnikowe curry

Przegryzkę stanowiły chipsy z bulw słonecznika bulwiastego i pieczone kasztany jadalne.
 upieczony kasztan jadalny

Następnie pojechaliśmy zbierać kłącza pałki szerokolistnej wykopując przy okazji kilka korzeni pasternaku zwyczajnego.
Wieczorem w chacie Łukasza praca wręcz wrzała. Oprócz przygotowania ketchupu z owoców dzikej róży i cukierków z kłączy tataraku, wszyscy zajęli się przyrządzeniem gołąbków z farszem składającym się z ugotowanego ryżu, kiszonych liści czosnku niedźwiedziego i kiszonych rydzy. Całość była zawijana w sparzone liście podbiału. Jako szybka przegryzka posłużył gotowany korzeń wiesiołka, korzeń pasternaku (na surowo), frytki z korzenia łopianu i gotowane kłącza pałki szerokolistnej.
 zawijanie farszu do gołąbków w liście podbiału

 gotowe gołąbki 

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. W nocy, leżąc w śpiworze pod płachtą ustawiłem budzenie na morderczą 2.30 (ominąć korki) i zgasiwszy światło wychyliłem się nieco aby podziwiać rozgwieżdżone niebo. Gdzieś tam w mgnieniu oka błysnął spalający się w atmosferze meteor a ja uświadomiłem sobie, że nie zdążyłem pomyśleć życzenia. Ale i tak tam jeszcze powrócę! ;-)

7 komentarzy:

  1. No stary, po takich warsztatach to dopiero będziesz wymiatał. BTW, zdarzyły się jakieś sensacje żołądkowe po zjedzeniu tylu dobroci?

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie. Ale znając swoje możliwości odpuściłem sobie pikantną wersję zupy :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Do mnie właśnie doszła wczoraj książka Łukasza, a dzisiaj zamówiłem 2 kg sadzeniaków słonecznika bulwiastego - będę rozsiewał na działce. Nie miałeś wzdęć po tej roślinie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Gotowanych bulw zjadłem niewiele. Głównie zapychałem się smażonymi w wysokiej temperaturze chipsami. Przy 180 stopniach rozpada się inulina, która wraz z bakteriami okrężnicy odpowiada za efekty specjalne :-).

    OdpowiedzUsuń
  5. jaki jest koszt takich warsztatów?
    myślałeś o zrobieniu wpisu odnośnie jadalnych owadów i potraw z nimi:)?byłoby to bardzo interesujące.

    OdpowiedzUsuń
  6. Miejsce, terminy i koszt warsztatów podane są na stronie Łukasza Łuczaja (Prawy panel tego blogu - Ciekawe linki). Cena jest spora ale adekwatna do ilości przekazywanej wiedzy.

    Owady to zupełnie inna para kaloszy trącąca takim jednym misiem z kanału Discovery. Przyznam, że myślałem nad takowym robaczym wpisem ale cały czas mam inne projekty na tapecie :-)
    Przed Nowym Rokiem na pewno pojawi się wpis zawierający plany na 2012 (bez skojarzeń katastroficznych).

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo fajna relacja, uchwyciłeś klimat, którego się tam właśnie spodziewam :)

    OdpowiedzUsuń