poniedziałek, 27 lutego 2012

Konwent - Survival Canoe 2012

Jakiś czas temu, jeden z moich leśnych przyjaciół, zaproponował mi udział w konwencie survivalowym, organizowanym przez grupę "Sztuka przetrwania" z serwisu GoldenLine. Najbardziej zakręconą z planowanych atrakcji, był zimowy spływ kajakowy. Śledziłem z uwagą wątek przygotowań, zastanawiając się gdzie tym razem niecne licho mnie poniesie. Ostatecznie ustalono, że cała impreza odbędzie się w pobliżu Małej Panwi przy wykorzystaniu uprzejmości i fantastycznej bazy biwakowej Nadleśnictwa Zawadzkie.

W piątek, tuż po pracy, zapakowałem bolid sprzętem i pomknąłem na zachód, zahaczając o Katowice aby zgarnąć kolegę (nieco miodem zmacerowanego), który dojechał z Warszawy. Celem była Leśna Izba Przyrodniczo-Edukacyjna Leśnictwa Dębie. Z zimy zrobiło się przedwiośnie. Śnieg topniał a z autostrady A4 widać było ciągnące z południa ptasie klucze oraz rudle saren, żerujące na oziminach.
 Leśna Izba w trakcie roztopów

w środku

Do pełniącej rolę bazy Izby (odrestaurowana stodoła z 1900 r), dotarliśmy o zmierzchu. Tradycją konwentową był zawsze siąpiący deszczyk. Tym razem do komfortu bytowania dołożył się jeszcze zalegający i topniejący śnieg. Nad ogniskiem, w madziarskim kociołku, próbowała odtajać zupa węgierska przygotowana przez Darka, lecz niestety ze względu na zawilgocone drzewo ognisko płonęło nieco niemrawo. Krótka kooperacja, uskuteczniona wraz z kolegą ze stolicy spowodowała, że śnieg wokół zaczął topić się bardziej intensywnie a zupka... przypalać (no dobra - intensywnie bulgotać).
 ognisko rozpalone przez reconnet.pl ;-)

Gdy już się jako tako urządziliśmy, zawitał do nas sympatyczny nadleśniczy Pan Zdzisław Siewiera wręczając maskotki nadleśnictwa. Wysłuchaliśmy też historii obiektu i nadleśnictwa oraz zostały omówione inwestycje nadleśnictwa w infrastrukturę turystyczną. Nie powiem. Byłem pod ogromnym wrażeniem. Mogę śmiało stwierdzić, że turystyka i edukacja leśna czasami wydaje się być niechcianą kulą u nogi większości nadleśnictw w tym kraju. Wiadomo. Główną działalność stanowi oczywiście szeroko rozumiana gospodarka leśna i bywa, że to jedyny obszar gdzie udzielają się poszczególne nadleśnictwa. Ignorowanie całkowicie tematu, który w przyszłości może procentować, a za taki należy uznać turystykę i edukację leśną to oddawanie pola innym, bardziej bogatym w dobra przyrody państwom. Niemniej Nadleśnictwo Zawadzkie, turystyczny egzamin spokojnie zaliczy na piątkę z plusem. Zadbana infrastruktura, wiaty, miejsca biwakowe i... opróżniane kosze. Nie sztuką jest postawić, stół i kilka ławek. Sztuką jest utrzymać porządek w takim miejscu. Osobiście jestem zwolennikiem zabierania swoich śmieci. Czasem jednak, gdy plecak ciąży, a niosę w nim opakowanie szklane pozbawione zawartości - chętnie skorzystam z możliwości odciążenia kręgosłupa o te kilkaset gram.
 typowe miejsce gdzie mogą odpocząć turyści

Grubo po północy, opity i posilony zaległem w końcu w śpiworze. Było chłodno, bo przez szpary między deskami dostawał się wiatr. Do tego, standardowo współmieszkańcy udzielali się wokalnie przez sen, symulując stado zadowolonych warchlaków. Rano po pobudce i szybkim posiłku  pojechaliśmy nad Małą Panew.
 Mała Panew pod koniec lutego

Kajaki do spływu udostępnił nam Grzesiek z Dzikiej Chaty. Oblodzenie spowodowało, iż dostępny był tylko krótki, ledwie 5 kilometrowy odcinek rzeki, który pokonaliśmy w godzinę. Ze względu na temperaturę w okolicach zera st. Celsjusza trochę marzły mi dłonie, pomimo rękawic polarowych i nałożonych na nie rękawic gumowych. Ponieważ w nazwie konwentu było "canoe", pojawiła się i takowa łódka z dzielną 3 osobą obsadą (2 wioślarzy i fotoreporterka). 
 szmata na stelażu - wypasione canoe

Canoe mnie urzekło. Lekka konstrukcja drewniana, pokryta płótnem.  Łatwa do wykonania bez szalonych nakładów finansowych i dosyć odporna. Kolega, z którym płynąłem w 2-ójce zażyczył próby wiosłowania pod prąd. Na krótkim dystansie udało nam się przemieścić może ze 30m i zaliczyć "czołówkę" z canoe. To była chyba jedyna okazja , która mogła zakończyć się kąpielą, w trakcie całego spływu. Pomimo kilku płynących konarów i płatów kry udało nam się szczęśliwie dobić do brzegu, gdzie czekał na nas Grzesiek wraz z gorącą herbatą nasycaną rumem.
Po powrocie do stodoło-izby i przebraniu się w marszowe ciuchy, wyruszyliśmy w kierunku miejscówki nr 2 również uzgodnionej z Nadleśnictwem Zawadzkie. Przy okazji było planowe oglądanie bunkrów. Jeden z nich to typowy kochbunker a drugi to coś większego (nie znam się na tego typu fortyfikacjach). Obydwa leżały nad krawędzią doliny Małej Panwi i zachowały się przy nich widoczne ślady po okopach.
 kochbunker

 inne żelbetonowe ustrojstwo ze strzelnicą i otworem obserwacyjnym

Trasa wiodła głównie przez monokultury obsadzone sosną  wśród których gdzieniegdzie przebijały się świerki, brzozy, modrzewie oraz buki. Te ostatnie niekiedy nawet w pomnikowej wielkości. W zalegającym na duktach, błocku można było wypatrzyć świeżo odciśnięte ślady jeleni i saren. Naszym celem było pole biwakowe położone tuż za przeciętą przez drogę, wydmą poprzeczną. W trakcie opisywania terenu, nasz przewodnik, określił tą formę jako morenę, niemniej jej piaszczysta budowa ewidentnie wskazuje na pochodzenie eoliczne (działanie wiatru).
Miejscówka składała się z kompleksu 2 chat (jedna nawet z okiennicami i kominkiem) oraz dużej i przewiewnej wiaty.
 dwa "szałasy" na polu biwakowym

Ponieważ w chatach towarzystwo tłoczyłoby się jak sardynki w puszce, zdecydowałem się na spędzenie nocy pod wiatą adaptując przewróconą na bok ławę jako wiatrochron. Po ogniskowych dowcipach i posileniu się gęstą zupą na resztkach, zaległem umęczony w śpiworze. Pomny poprzedniej mroźnej nocy, tym razem do śpiwora wrzuciłem, podprowadzony mojemu brzdącowi, wypełniony wrzątkiem - termoforek. Z takim starterem mogłem zrzucić część ubrania a i tak w nocy rozpinałem jeszcze bluzę bo było mi zbyt gorąco. Około 2 w nocy zaliczyliśmy potężną zawieruchę. Obudziły mnie, padające na twarz drobiny gradu, wielkości grubej kaszy. W obawie aby śpiwór nie zamókł i nie stracił właściwości izolacyjnych, zawinąłem się dodatkowo w folię NRC. Dzięki temu, kolejne 5 godzin przespałem snem sprawiedliwego.
 legowisko o poranku

Rano po posiłku można było postrzelać łuku i porzucać atlatl'em. Z łuku oddałem 2 strzały. Pierwszy w tarczy a drugi poszedł nieco ponad nią. Atlatl'a nie tykam, bo poza faktem, że zwiększa zasięg rzutu w porównaniu do "gołej" ręki, jest chyba najmniej celną z prymitywnych broni używanych przez typowego laika. No może jeszcze proca sznurkowa mogłaby powalczyć o palmę pierwszeństwa. W trakcie strzelania pojawił się też Grzesiek z Dzikiej Chaty, przywożąc kawę w termosie oraz coś na słodko do przekąszenia. 
Czas mijał i nadeszła pora pakowania. Sprzątnęliśmy miejscówkę i zarzuciwszy plecaki na grzbiety pomaszerowaliśmy w kierunku pierwszej bazy. Kilka zdjęć grupowych i rzucone na pożegnanie: "do następnego spotkania", zakończyło IV Konwent Survivalowy.
Z żalem żegnałem Lasy Zawadzkie i dolinę Małej Panwi. Standardowo pocieszam się, że na pewno kiedyś jeszcze tam zawitam. Być może nawet powiosłujemy kajakiem lub canoe razem z synem. O ile oczywiście pójdzie w ślady swojego zwariowanego staruszka. :-)

Na podsumowanie dodam jeszcze filmik przygotowany przez kolegę Jacka z Projektu Bushcraft:


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz