poniedziałek, 1 listopada 2010

Jesienny zlot forum reconnet.pl (2010)

Wczoraj wróciłem z jesiennego zlotu forum reconnet.pl. Odbył się on pod Warszawą w lasach rembertowsko-okuniewskich. Jak do tej pory było to najliczniejsze spotkanie użytkowników tego forum (ponad 20 osób).
Zaczęło się od długiej drogi pokonanej czerwonym bolidem Drivera. Jechaliśmy w trójkę tzn. ja, Driver i Młody. Niepomni na ryzyko związane z poruszaniem się po naszych drogach pokonaliśmy dystans ponad 350 km aby dotrzeć do Warszawy.
Ciekawostka z trasy

Bolida pozostawiliśmy w Ossowie, gdyż był to punkt leżący najbliżej miejscówki zlotowej. Zakładałem, że chłopaki przygotują się do czekającej ich trasy i przeczytają chociaż post "warszawki" jak dotrzeć do obozowiska. Okazało się, że Młody i Driver myśleli, iż ja się przygotuję. :-) No cóż. Na szczęście mimo lenistwa wbiłem do swojego GPS'a współrzędne miejscówki. Nie mając mapy terenu przeciągnąłem przez krzaki całą ekipę bezpośrednio na "waypoint" obozowiska.
Przybyliśmy jako drudzy. W obozowisku rozgościł się już Dąb. Z żaru ogniska rozpalonego dzień wcześniej udało mu się rozniecić ogień. Rozpiąłem płachtę tak aby w przypadku ewentualnego deszczu mieć możliwość siedzenia pod nią i dłubaniu w celu zajęcia czasu.
Moje leże

Po kilku godzinach zaczęli schodzić się uczestnicy zlotu. Kawki, herbatki i dyskuzje przy płonącym ognisku przeciągnęły się do późnych godzin wieczornych. Przy okazji polało się trochę procentowych trunków a MichałN (aka Chloru) wyciągnął słoik marynowanych rozetek kalafiora.
Ok. 2.00 umordowany niemiłosiernie walnąłem się w pierze (puchówkę). Nie dane mi jednak było swobodnie pospać. W dwie godziny później pojawiła się kolejna ekipa, która świecąc czołówkami po oczach i błyskając fleszami aparatów (japońska wycieczka?), domagała się "godnego" przyjęcia. Ponieważ nie byłbybym w stanie spać w takiej atmosferze, pozbierałem się z legowiska by wraz ze Slaq'iem towarzyszyć marudzie ;-)
Świt zastał mnie już po śniadaniu i herbatce. Lekko przymulony wybyłem z ekipą aby przejść się po terenie i odwiedzić miejsce poprzedniego zlotu. Po drodze szukaliśmy roślin jadalnych i zwierzęcych kości w celu wykonania z nich przedmiotów użytkowych. Znaleźliśmy również kilka pocisków artyleryjskich (bez wkładu pirotechnicznego). Jeden z nich wrócił z nami do obozowiska.
Tak to właśnie to na co to wygląda

Po powrocie do miejsca zlotu, poczęstowałem ekipę kiszonym czosnkiem niedźwiedzim oraz moją ostatnią produkcją: piwem łopianowo-imbirowym. Czosnek niedźwiedzi wzbudził szerokie uznanie. Piwo raczej umiarkowane.
Następnie zaczęliśmy przygotowywać produkty do gulaszu wg. przepisu podanego przez Puchala i pod jego bezpośrednim nadzorem. Gdy poszczególne składniki zaczęły lądować w kotle, zająłem się dłubaniem w drzewie "superszybkiej" łyżki.
Pozostała część zlotowiczów, robiła podpłomyki w 101 smakach, częstowała własnymi wyrobami i włóczyła się z różnymi "sprawami" po okolicy. W międzyczasie pojawił się Miki, który zaskoczył wszystkich zlotowiczów, problemami z nawigacją i przytarganiem ze sobą dwóch potężnych neseserów. Okazało się, że w człowieku wieku słusznego płynie bushcrafterska krew, a nesesery zawierają naczynia, uniwersalny czajnik, promile i różnego rodzaju spożywcze wikatuły.
Ukoronowaniem soboty był gulasz, który rozgrzał nasze żołądki i serca.
Gulasz zlotowy pod kierownictwem Puchala

Przy ognisku siedziałem i dykutowałem do godziny 12.00. Pobudka o 6.00 czasu nowego (7.00 starego). Dotrzymałem towarzystwa Bartoszowi, który w pół godziny później musiał wracać w domowe pielesze. W między czasie zaczeli powoli wstawać kolejni zlotowicze. W ostatnim dniu skończyła nam się woda i musieliśmy zadowolić się cieczą filtrowaną z rzeki Długiej.
Miki filtruje wodę z Długiej

Uczestnicy zlotu powoli zwijali swoje tarpy, namioty i płachty. Zabierając ze sobą część śmieci wyruszali w drogę powrotną do domu.
W ostatnim dniu głupio palnąłem, że kolejny zlot powinien odbyć się tam gdzie padnie zrobiona z brzozy przez Grzymka, gulaszowa chochla. Gdy wyruszałem w drogę chłopaki wcisnęli mi ją do ręki. No cóż. Wygląda na to, że kolejny zlot forum reconnet.pl odbędzie się na południu. ;-) Teraz Wy będziecie się męczyć z dojazdem :-P
Gulaszowa (Grzymkowa) Chochla Zlotowa (GChZ)

sobota, 2 października 2010

Leśna kuchnia - Łopian większy

Dzisiaj wyrwałem się do lasu na spacer z psem ( i małżonką). Ponieważ dawno nic nie wrzucałem na bloga, postanowiłem opisać jedną z pospolitych roślin jadalnych.
Ta pierwsza bezdeszczowa sobota od dłuższego czasu przypomniała mi jak piękna potrafi być Polska jesień. Jesień to okres kiedy zwierzęta przybierają na wadze magazynując tłuszcz niezbędny do przetrwania zimy. W ten sam sposób postępują wieloletnie rośliny. W ich przypadku magazynem surowcowym są korzenie.
Wrzuciłem do plecaka składaną saperkę i powędrowałem w las. W planie miałem wykopanie dzikiej marchwi ale wszędzie napotykałem egzemplarze, które właśnie (złośliwie) w tym roku musiały wypuścić baldachy (kwiatostany). Marchew jest rośliną dwuletnią. Wszystkie tego typu rośliny w pierwszym roku rosną, magazynując w korzeniach składniki odżywcze. W roku drugim, cały zapas energii roślina poświęca na wykształcenie kwiatostanów.
Marchwi jednorocznej nie znalazłem. Natomiast natknąłem się na kilka kęp łopianu większego, zwanego popularnie rzepem. Akurat w tym przypadku obok roślin dwuletnich rosły egzemplarze jednoroczne (zimą szuka się liści egzemplarz jednorocznych odgarniając śnieg w pobliżu rzepowych suszków). Dla celów kulinarno-eksperymentalnych wykopałem dwa korzenie.

Wykopki


Pierwszy plan rośliny w drugim roku życia, w tle jednoroczne

Biały korzeń łopianu szybko traci barwę na powietrzu. Można go suszyć z przeznaczeniem jako dodatek do zup. Obecnie 3/4 z pozyskanych korzeni zamroziłem z zamiarem późniejszego wykorzystania. Korzeń można jeść również na surowo. Zawiera duże ilości inuliny, i tak jak w przypadku słonecznika bulwiastego (topinamburu), jej rozkład przez bakterie w okrężnicy powoduje powstawanie gazów jelitowych.
Młode liście ponoć są jadalne. Osobiście nie próbowałem jednak zacytuję Ł. Łuczaja: "według mnie mają ohydny smak". Za to młode łodygi i ogonki liściowe (obrane) nadają się do zup lub do kiszenia.
Łopian w Japonii, Chinach i na Jawie uprawiany jest jako warzywo. A w Wielkiej Brytanii robi się z jego korzenia napój. Mój wariant tego napoju, będzie opisany w innym wpisie do blogu.
Oprócz łopianu zebrałem trochę grzybów. Zbiór nie był obfity ale dwa rydze przeznaczyłem do dzisiejszej kolacji, trzy maślaczki do jutrzejszego śniadania a dwa kapelusze kani będą dodatkiem jutrzejszego obiadu ;-).

Siekanka łopianowo-rydzowa

Korzeń łopianu po oczyszczeniu pokroiłem w słupki grubości 3-5mm i długości 5 cm. Następnie podsmażyłem je na łyżce oleju do chwili aż zaczęły lekko brązowieć (trochę bardziej brązowe można po posoleniu jeść jako frytki). Dorzuciłem grubo posiekane kapelusze rydzy i smażyłem razem przez ok. 5min. Następnie dolałem 3 łyżki sosu sojowego i 1 łyżeczkę miodu. Po kolejnych 3 minutach dolalem 1/3 szklanki wody i dusiłem pod przykryciem na małym ogniu ok. 10 min. Następie, już bez pokrywki, mieszając odparowałem nadmiar wody i dodałem trochę świeżo zmielonego pieprzu (sos sojowy jest słony).

Wszystko już wesoło bulgocze w rondelku

Gotowe danie powędrowało od razu na talerz.
Potrawa jest sycąco - zamulająca. Związane to jest jak przypuszczam, z działaniem leczniczym korzenia łopianu. Mianowicie zmniejsza on wydzielanie kwasu żołądkowego, jednocześnie zwiększając wydzielanie śluzów w przewodzie pokarmowym (za wikipedią). Najlepiej przepijać taką kolację półsłodkim lub nawet półwytrawnym winem.

Korzeń łopianu większego z rydzami w sosie sojowym

No to chlup...

niedziela, 20 czerwca 2010

Konwent - Survival Skała 2010

W piątek, zabrawszy uprzednio szwagra do mego czerwonego bolidu, udałem się na organizowane w Jaskini Jasnej spotkanie miłośników sztuki przetrwania.

Duże wejście do Jaskini Jasnej

Na miejsce dotarliśmy o 18-stej i razem z obecną ekipą rozpaliliśmy konwentowe ognisko. Aby tradycji stało się zadość, wzorem pierwszego konwentu, Matka Natura uraczyła nas siąpiącym deszczykiem. Na szczęście była bardziej łaskawa niż na jesieni ubiegłego roku, gdyż polewała z rozsądkiem i chyba nawet pewną dozą skąpstwa.
O skąpstwo nie można było posądzić kamratów ogniskowych, którzy polewając nad wyraz skutecznie doprowadzili do stanu gdzie same opowieści przestają wystarczać a na pierwszym planie pojawia się wokal. Śmiem twierdzić, że wyśmienita nalewka z czermechy (Darka) i wino z aronii (Bartka) były pierwotnym bodźcem nocnego chóru wilków, który skutecznie nie pozwolił harcerzom rozbitym w jaskini, zmrużyć oczu. W trakcie imprezy, części towarzystwa udzielił się syndrom szwędaczka i udali się na zwiedzanie Jaskini Zegarowej.
Wrócili w komplecie i bez strat własnych, lecz niemiłosiernie w błocie utytłani.
Około godziny 3-ciej, zmar(y)nowany niemiłosiernie uderzyłem w pierze.
Spaliśmy w jaskini, więc aura jaka by nie była nie stanowiła dla nas problemu. Rano okazało się, że niezbyt dokładnie oczyściłem miejsce pod matę i pod moimi plecami znalazła się ubita szyjka z butelki. Na szczęście rozdarła tylko NRC-tę i tanią matę z marketu, nie naruszając bivybaga, śpiwora i ...dolnej części moich pleców.

Gotuję wodę na kawę

Początek dnia uczczono kawką i uskuteczniono zajęcia indywidualne lub w grupach.
Część ekipy wzięła udział w rajdzie na orientację, zorganizowanym przez Darka. Jacek zabrał się za dzierganie prymitywnej broni - altalt'a. Michał (szwagier) strugał świątka, a ja po upleceniu na szybko sznurka z pokrzywy poszedłem szlajać się po okolicy w poszukiwaniu roślin jadalnych.
Wzgórze z zespołem jaskiń posiada bardzo bogatą florę. Wyobrażając sobie co pozyskiwał człowiek pierwotny mieszkający niegdyś w tych okolicach uważnie przepatrywałem teren.
Najwięcej było leszczyny, której orzechy zawierają bardzo dużo tłuszczu. Następnie dziki bez czarny z jadalnymi kwiatostanami i owocami (po obróbce) oraz buki, których liście i orzechy można jeść zarówno na surowo jak i wplecione w potrawy przyrządzone na ogniu. W kilku miejscach natknąłem się na dzikie jabłonie i kępy pożywnych pokrzyw. Dodatkowo w poszyciu można było wypatrzyć dziki agrest, porzeczki, jeżyny oraz poziomki. Te ostatnie już dojrzały i były przez moją osobę, skrupulatnie zrywane i konsumowane.

Gra barw - pszeniec gajowy

Tuż nad mniejszym wyjściem z Jaskini Jasnej rosną kokoryczki wielokwiatowe. Ich pożywne kłącza na surowo są trujące ponieważ zawierają saponiny i kryształy szczawianu wapnia. Pozbycie się trujących właściwości wymaga 3 godzinnego gotowania z kilkukrotną wymianą wody (dodanie kilku łyżek popiołu dla uzyskania odczynu zasadowego jest wskazane). Na skraju łąki zebrałem trochę mięty na herbatkę i przeszedłem obok łanu paproci orlicy. Z wysuszonych i zmielonych kłączy paproci orlicy można uzyskać mąkę, a młode i nierozwinięte pastorały, po obgotowaniu, nadają się do zup i sałatek oraz potraw smażonych. Tak jak w przypadku kokoryczki wodę należy kilka razy odlewać. W żadnym wypadku nie należy spożywać rozwiniętych liści orlicy oraz pastorałów na surowo. Zawierają substancje rakotwórcze i jak podaje Łukasz Łuczaj w swoim przewodniku: enzym - tiamazynę, powodujący rozkład witaminy B1. Przy samej jaskini Jasnej można znaleźć derenia świdwę. Z jego gorzkich owoców wydobywano nasiona i tłoczono z nich olej..

Dereń świdwa

Na obiad zajadaliśmy się pozostałościami pancernej grochówki Darka, której zapas wystarczył na 2 dni. Wieczorem zawitał do nas Staszek aby kilka godzin powędzić się w dymie jaskiniowego ogniska. Okazało się, ze rozpalenie ogniska w jaskini posiadającej 3 otwory, może i zabezpiecza ogień przed deszczem lecz jednocześnie powoduje totalne zadymienie i nierównomierne rozprowadzanie ciepła w targanej przeciągami przestrzeni.

Ognisko w "oknie" Jaskini Jasnej

Ostatecznie ognisko zostało przeniesione na zewnątrz i przy wykorzystaniu ekranującej skałki, rewelacyjnie ogrzewało skupionych przy nim uczestników konwentu.
Noc z soboty na niedzielę przespałem niczym niedźwiedź jaskiniowy. Nawet chrapanie jednego z sąsiadów nie przeszkodziło mi w błogim śnie. Rano szybka kawka, połączona ze śniadaniem i pakowanie całego inwentarza. Przy okazji wyczyściliśmy jaskinię z większości pozostawionych w niej śmieci.

Naprawdę warto zabierać ze sobą kilka mocnych worków na śmieci. W wielu sytuacjach mogą posłużyć jako wodoodporne pokrowce a przede wszystkim umożliwią nam doprowadzenie do porządku naprawdę ładnych miejscówek. Miejscówek, których piękna zwykli debile i idioci nie byli w stanie uszanować.

Widok ze skałki nad Jaskinią Jasną

Jak zwykle na pożegnanie życzyliśmy sobie ponownego spotkania. Gdzieś na szlaku lub na kolejnym konwencie. Było "Bagno", była "Skała" teraz czas na .... ;-)