Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rośliny. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 sierpnia 2012

Kalendarz z Lasu

W jednym z komentarzy napisałem, że mimo przerwy w blogowaniu skrobnąłem co nieco i będzie to wydane drukiem. Otóż 30 sierpnia ukaże się "Kalendarz z Lasu", wydany przez Centrum Informacyjne Lasów Państwowych, dołączony do dwutygodnika dla licealistów "Cogito" (16/2012 - 7,99 zł). Temat przewodni tej pozycji stanowi szeroko rozumiana sztuka przetrwania. Ogólne wpisy przygotowywali pracownicy Lasów Państwowych, survivalem zajął się Krzysztof "Krisek" Kwiatkowski a opracowanie kilku tematów dotyczących dzikiego jedzenia przypadło w udziale mojej osobie.
Kalendarz został wydany w formie starego notatnika z podróży i obejmuje rok szkolny 2012/2013 (+wakacje). Myślę, że dzięki niemu przybędzie wielu nowych adeptów sztuki przetrwania zainteresowanych bezpośrednim kontaktem z otaczającą nas przyrodą.

Poniżej kilka skanów:







 
Aktualizacja 28.09.2012
Kalendarz z lasu ukazał się wraz z dwutygodnikiem Cogito. W kioskach czy empikach z pewnością się go już nie dostanie. Myślę, że o egzemplarze ze zwrotów można byłoby molestować wydawcę dwutygodnika:
http://www.cogito.com.pl/ lub wydawcę kalendarza: Centrum Informacyjne Lasów Państwowych

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Orzech niezgody

Sporo wody upłynęło od czasu mojego ostatniego wpisu. Jak to zwykle bywa, życie pisze własne scenariusze i czasem zmusza nas do zmiany nawet najprostszych do realizacji planów. Pomimo nieciekawej sytuacji starałem się wyskoczyć tu i ówdzie. Głównie moje wypady ograniczały się do szybkich wypadów spiningowo-spławikowych na małe, zapomniane, śródleśne bajorka. Wzgardzane przez brać wędkarską, kryją skarby, które dla "survivalowca-katastrofisty" stanowią doskonały przykład dzikiego inwentarza.

 szczupaczek

 płotki i karasie

Dzisiaj będzie wątek nieco schizofreniczny. Opiszę występujący na „naszych ziemiach” relikt trzeciorzędowy, który prawem chroniony nie nadaje się do legalnego pozyskania z naturalnych stanowisk. Oczywiście do pozyskiwania nielegalnego również nie zachęcam.
Roślina ta była ceniona przez naszych paleolitycznych przodków jako źródło skrobi i bardziej współcześnie jako... jarmarczno-odpustowy przysmak. Mowa o  kotewce orzechu wodnym (Trapa natans). Ze względu na cykl wegetacji potrzebuje specyficznych warunków co w połączeniu z granicą jej występowania, dzielącą nasz kraj na pół oraz działalnością człowieka sprawia, iż jej byt zawsze będzie stał pod znakiem zapytania.
rozety kotewki

Kotewka lubi szybko nagrzewające się wody stojące lub płynące o wolnym prądzie. Jest rośliną jednoroczną, kotwiczącą się w żyznym mule i wypuszczającą na długiej (do 2m w sprzyjających warunkach) łodydze, pływającą na powierzchni wody rozetę liściową. Start jej wegetacji jest ściśle uzależniony od tempa stopnienia wiosną lodu i nagrzania wody do temperatury ok. 10 stopni Celsjusza. Roślina wykształca jadalne na surowo, kolczaste orzechy, które jednakowoż o wiele smaczniejsze są po ugotowaniu w wodzie z solą lub upieczeniu. Do otwarcia skorupy potrzebny jest ostry nóż. Dawniej kawalerowie kupowali na jarmarkach torby z gotowanymi orzechami i w zgodzie z panującą modą (wsp. trendy, lanserka) własnym scyzorykiem rozcinali skorupy orzechów aby odsłonięte z niej serce, po odpowiednim ściśnięciu skorupy, wstrzelić wybrance bezpośrednio do ust. Smak ma mączysty, zbliżony nieco do kasztanów jadalnych.
Współcześnie jest to przysmak kuchni azjatyckiej a i za naszą południowo-wschodnią granicą można spotkać się z jego spożywaniem. Kotewka, była bohaterem programu kulinarnego „Dziki obiad Łukasza Łuczaja” oraz wystąpiła w wątku pobocznym jednego z odcinków dokumentu wędkarskiego „Zjedz Rosję”.

rozeta po odwróceniu - widoczne charakterystyczne, kolczaste orzechy

W trakcie jednego z moich krótkich, tegorocznych wypadów wypatrzyłem rozety kotewki unoszące się na powierzchni użytkowanego przez wędkarzy stawu. Ponieważ stanowisko to było dla mnie całkowitym zaskoczeniem, zgłosiłem ten fakt lokalnemu przyrodnikowi zajmującemu się inwentaryzacją zbiorowisk roślinnych w „mojej” okolicy. Przypuszcza on, iż kotewka została zawleczona przez wędkarzy i pochodzi z populacji występującej na stawach hodowlanych w okolicach Zatora (kotlina oświęcimska). Moim zdaniem nie można wykluczyć też celowego zasypania danego miejsca orzechami kotewki, gdyż właśnie takie „partyzanckie” metody są szansą na szybkie odtwarzanie jej populacji i wzrost liczby stanowisk. A wiem skądinąd, że takie akcje były czynione. Tutaj dochodzimy do hodowli na własną rękę. Zapewniając kotewce żyzne podłoże w płytkim (do 60cm) oczku wodnym, możemy samodzielnie wyhodować sobie te rośliny. Orzechy do nasadzania można nabyć w internecie. Kolejnym krokiem, który warto uczynić gdy już jesienią dokonamy zbioru, jest włożenie kilku orzechów do plecaka i po wytypowaniu odpowiedniego zbiornika w naszej okolicy, założenie nowej populacji. W ten sposób przyczynimy się do aktywnej ochrony tej użytecznej rośliny.
Skąd tytuł orzech niezgody? Najliczniejsze populacje znajdują się obecnie na stawach hodowlanych. Obecność pływających rozet kotewki sprawia, że część wody jest stale zacieniona co przekłada się na spadek temperatury wody i powolniejszy wzrost ryb odbijający się na wynikach finansowych hodowców. Dodatkowo wędkarze standardowo oczyszczają swoje stanowiska ze wszelakiego zielska i nie zastanawiają się głębiej nad statusem ochrony danej rośliny. Ot zwykłe praktyczne podejście do tematu. Jednocześnie ścisła ochrona gatunkowa wymusza działania, które po wdrożeniu zupełnie wyeliminowałyby jakiekolwiek czynności nad opanowanym przez kotewkę zbiornikiem wodnym. Czy w takim razie można znaleźć kompromis? Klucz tkwi we wspomnianej wcześniej aktywnej ochronie. Zwiększanie ilości stanowisk jest na pewno dużo lepszym rozwiązaniem niż balansowanie na chronionej kruchej krawędzi kilku sporadycznie rozrzuconych punktów występowania.

wtorek, 7 lutego 2012

Zimowe zbiory

W nawiązaniu do rzuconego w jednym z komentarzy pomysłu, postanowiłem zrealizować wpis o tym co można znaleźć do jedzenia zimą. Postaram się opisać najłatwiejsze do oznaczenia rośliny.

W warunkach "normalnych" zabezpieczenie odpowiedniej bazy pokarmowej należałoby uskutecznić zanim spadnie śnieg i chwyci mróz. Jest to naturalna kolej rzeczy. Nasi przodkowie gromadzili zapasy, które zazwyczaj wyczerpywały się na późnowiosennym przednówku. Przetrwanie zimy w naszych warunkach klimatycznych, wymaga dużego udziału mięsa i tłuszczy pochodzenia zwierzęcego w diecie. Na szczęście ta pora roku ułatwia tropienie a zwierzyna ma nieco mniejsze możliwości ukrycia (brak liści). Znalezienie wartościowych roślin jadalnych też nie jest zbyt dużym wyzwaniem, niemniej ich pozyskanie wymaga użycia specjalnych narzędzi (kilof ;-) ) lub odpowiedniej techniki. Dużą rolę odgrywa również pogoda. Zimna plucha czy mróz bywają przeszkodą lub pomocą w zbiorach. Należy pamiętać, że bilans energetyczny przy pozyskaniu roślin zimą, zawsze będzie ujemny.
W pierwszej kolejności zasobów szukamy w pobliżu rzek lub zbiorników wodnych. Przy odpowiednio grubej pokrywie lodowej można połowić ryby.

Podstawową rośliną survivalową jest w tym środowisku pałka wodna (szerokolistna lub wąskolistna). Jej kłącza zawierają skrobię wypełniającą przestrzeń pomiędzy długimi włóknami celulozy (rdzeń kłącza). Kłącza można prażyć w żarze, dusić, dodawać do zup lub po wysuszeniu zetrzeć na mąkę. Posiekane na krótkie odcinki można spożywać bez konieczności oddzielania włókien. Przy łagodnych zimach, warto rozejrzeć się za młodymi pędami pałki. Są doskonałym dodatkiem do zup lub potraw duszonych. Dwa tygodnie temu, zanim nastały mrozy, zbierałem kłącza pałki wąskolistnej. Temperatura oscylowała w okolicach 0 stopni Celsjusza, niemniej obyło się bez wchodzenia do wody. Zbiornik, na obrzeżu, którego zbierałem kłącza, zasilany jest wodą z opadów. Ponieważ z nieba leciała woda w wersji instant, to poziom lustra wody obniżył się ułatwiając dostęp do kłączy. Wiosną ubiegłego roku, gdy śnieg stopniał mogłem tylko pomarzyć o dotarciu do nich bez konieczności wchodzenia do wody. Widziałem kiedyś rycinę (nie pomnę książki i autora) na której pozyskiwano kłącza pałki przez wyrąbany w lodzie przerębel. W użyciu były długie tyczki zakończone hakami.
 kłącze pałki wąskolistnej wraz z młodym pędem

Inna znana roślina to trzcina pospolita. Jej kłącza znajdują te same zastosowania co kłącza pałki wodnej. Dodatkowo gdy panuje sucha, mroźna aura można pokusić się o zbieranie nasion z zaschniętych kwiatostanów. Same ziarniaki niestety są bardzo drobne i otulone plewami a to strasznie komplikuje proces ich oczyszczania.
Kolejna roślina, która zazwyczaj towarzyszy trzcinie, to karbieniec pospolity. Roślina zielarska z której jako pożywienie głodowe można używać kłączy (na surowo lub jako dodatek do zup). Osoby z nadczynnością tarczycy i kobiety w ciąży, powinny jednak unikać ich jedzenia. Co prawda do leczenia niedoczynności tarczycy wykorzystuje się ziele ale moim zdaniem lepiej dmuchać na zimne.
 zasuszony pęd karbieńca pospolitego

Podczas typowania roślin związanych z wodą zajrzałem na niewielki, piaszczysty półwysep gdzie późną wiosną wypatrzyłem kępę wierzbówki kiprzycy. Pozostały z niej rachityczne suszki, które jednak łatwo można oznaczyć w terenie ze względu na charakterystyczny kształt. Zimą wykorzystuje się oczyszczone, wysuszone i zmielone na mąkę kłącza. Wierzbówkę można spotkać praktycznie wszędzie. Jej potężne łany widziałem w słowackiej części Tatr (porastały wiatrołomy) i na poboczach leśnych dróg.
suszek wierzbówki kiprzycy

wierzbówka kiprzyca latem (chyba nawet ten sam osobnik)

Inną rośliną, łatwą do rozpoznania po samych suszkach, jest słonecznik bulwiasty. Jego bulwy znajdują zastosowanie jako zamiennik ziemniaków. Doskonale nadają się na chipsy. Niestety konkurencja w jego pozyskaniu bywa duża ponieważ stołują się na nim dziki. O słoneczniku bulwiastym szerzej pisałem tutaj.

Ponieważ mieszkam na śląsku, duży jego obszar pokrywają tereny zdegradowane przez przemysł. Część z nich została poddana rekultywacji i obsadzona gatunkami roślin o małych wymaganiach glebowych.
Stare hałdy bardzo często obsadza się rokitnikiem pospolitym. Jest to kolczasty krzew, z rodziny oliwnikowatych, wydający nieduże kwaskowate owoce wręcz oblepiające gałęzie. Po pierwszych przymrozkach owoce robią się słodkie a później fermentują. Przy temperaturze w okolicy 0 stopni Celsjusza zbiera się je bardzo trudno. Najprościej podstawić pod gałąź dużą miednicę i wycisnąć owoce ściągając zaciśniętą na gałęzi pięść (do siebie). Należy przy tym uważać na kolce. Uzyskaną ciecz, przecieramy przez sito i zostawiamy do stężenia. Owoce rokitnika, oprócz witaminy C, zawierają pektyny, które spowodują ścięcie się masy w rodzaj galarety. Po pokrojeniu w wąskie płaty można ją suszyć tak jak suszy się owoce. W czasie mrozów można zbierać poszczególne owoce bez zabawy z wyciskaniem. Rokitnik jest chroniony na stanowiskach naturalnych.
rokitnik pospolity

Kolejnym, częstym bywalcem okolicznych hałd, jest karagana syberyjska, zwana też czasem grochodrzewem syberyjskim (inne synonimy: akacja żółta, akacja syberyjska). Krzew ten należy do rodziny bobowatych i w przeciwieństwie do robinii akacjowej wykształca jadalne strąki. Strąki dojrzewają w sierpniu rozsypując nasiona. Niemniej podczas włóczęgi trafiłem na osobniki, które nieco spóźniły się z wysypem. Część z nasion była do niczego (pleśń) ale po selekcji trochę się nazbierało. Nasiona wykorzystuje się tak jak groch. Można gotować i podawać w całości lub przecierać na puree. Warto je wcześniej namoczyć wymieniając wodę. Zawierają do 36% białka i 12 % tłuszczu.
karagana syberyjska (widok ogólny)

 karagana syberyjska (strąki)

Inną rośliną, która potrafi utrzymać owoce nawet do końca stycznia jest borówka brusznica. Jej owoce są cierpko-kwaskowate i zawierają kwas benzoesowy będący w tym przypadku naturalnym konserwantem. Stanowią źródło witaminy C i prowitaminy A. Można je wykorzystywać do nadziewania podpłomyków, mięs (od dziczyzny, przez drób po ryby) lub jako dodatek do sosów. Oczywiście jadalne są też na surowo.
 borówka brusznica

Jako pożywienie głodowe można też używać męskich kwiatostanów leszczyny pospolitej. Dostępne bywają już od stycznia i zawierają nieduże ilości białka. Z suszonych i sproszkowanych kwiatostanów pieczono nawet chleb w okolicach Gorlic zwany pobazina. [ETNOBIOLOGIA POLSKA Vol. 1 – 2011: 57-125, "Dziko rosnące rośliny jadalne użytkowane w Polsce od połowy XIX w. do czasów współczesnych" - Łukasz Łuczaj, str. 87]
 kwiatostany męskie leszczyny pospolitej

Kilka miesięcy temu opisywałem danie przyrządzone z korzeni i liści wiesołka dwuletniego. Zimą można bardzo łatwo zbierać jego nasiona. Zawierają one (olej) kwas gamma-linolenowy (z grupy kwasów omega-6), niezbędny do prawidłowego funkcjonowania naszego organizmu. Szukamy zasuszonych owocostanów, które jeszcze nie leżą na ziemi i otrząsamy z nich nasiona na płachtę, pałatkę lub w ostateczności bezpośrednio na śnieg, którego wierzchnią warstwę wraz z nasionami zgarniamy do gara. Gotujemy tak jak gotuje się zwykłą kaszę.
 nasiona wiesiołka dwuletniego

nasiona wiesiołka dwuletniego (zbliżenie)

Dosyć długo utrzymują się na krzewach owoce dzikiej róży. Można je spożywać na surowo (uwaga na kłujące włoski) lub gotować z małą ilością wody i później przetrzeć przez sito uzyskując nieco kwaskowaty ketchup. Od biedy może on zostać wykorzystany tak jak... przecier pomidorowy w zupie będącej substytutem pomidorówki. Przypomnę, że 3 owoce dzikiej róży zaspokajają nasze dobowe zapotrzebowanie na witaminę C.
  owoce dzikiej róży

Inne rośliny, które można wygrzebać spod śniegu to gwiazdnica pospolita, przytulia czepna czy rzeżucha gorzka. Są to typowe rośliny sałatkowe ale równie dobrze mogą stać się zieloną wkładką do zup.
 nieco zmrożona rzeżucha gorzka

Gdy ziemia nie jest zmrożona warto poszukać korzeni roślin dwuletnich (dzika marchew, pasternak, łopian większy). Szuka się ich wypatrując zasuszonych owocostanów i przekopując ich pobliże.

Warto pamiętać również o roślinach nadających się na napary. Można do tego celu wykorzystać igły sosnowe lub świerkowe, liście i pędy jeżyn, pędy malin (działanie napotne) oraz liście poziomek.
liście jeżyny wśród pędów maliny

Można też zimą zbierać grzyby. Trzy gatunki powszechnie występujące zimą to: ucho bzowe, zimówka aksamitnotrzonowa i boczniak ostrygowaty.
Ucho bzowe gnieździ się zazwyczaj na obumierających gałęziach bzu czarnego. Jak już pisałem wcześniej z punktu widzenia survivalowca nie ma ono, żadnych właściwości odżywczych.
 uszak bzowy

Zimówkę aksamitnotrzonową najczęściej można spotkać na pniach po ściętych wierzbach. Jadalny jest tylko jej kapelusz. 
 zimówki aksamitnotrzonowe

Boczniak ostrygowaty zasiedla głównie pnie drzew liściastych. Czasem z jednego pnia można zebrać kilka kilogramów boczniaków.
boczniak ostrygowaty (zdjęcie z listopada)

Na koniec dzikie białko znalezione tuż nad zamarzniętym zbiornikiem wodnym.
skrzydełko czy nóżka?

Ten post oczywiście nie wyczerpuje w 100% tematu. Istnieje głodowa opcja jedzenia bukowego, brzozowego lub sosnowego podkorza. W wielu miejscach można spotkać też potężne łany orlicy pospolitej (paproć), której kłącza po odgoryczeniu nadają się do wypiekania podpłomyków. W menu survivalowca mogą się też znaleźć chronione porosty.  Myślę, że nieco ogólnej wiedzy udało mi się jednak zaszczepić tym artykułem .

wtorek, 1 listopada 2011

Kulinarne Warsztaty Dzikiego Gotowania Łukasza Łuczaja

Zwiedzając w ubiegłym roku Pogórze Strzyżowsko - Dynowskie zaplanowałem sobie, z 1,5 rocznym wyprzedzeniem, kolejną na nim wizytę. Tym razem celem był udział w jesiennej edycji Warsztatów Dzikiego Gotowania prowadzonych przez dr Łukasza Łuczaja (wiki, strona prywatna). Ostatnie w tym roku warsztaty miały odbyć się na początku września co zupełnie nie leżało w moim interesie, gdyż byłaby to impreza jeszcze zahaczająca o lato. Szczęśliwym trafem (lub dzięki sile Coriolisa czy też tzw. "efektowi motyla"), Łukasz zorganizował jeszcze jedną edycję w ostatni weekend października.
W piątek, tuż po południu, wesoło pomykałem sobie moim czerwonym bolidem w kierunku Podkarpacia. Ze względu na standardowe korki między Krakowem a Tarnowem droga z planowanych 3,5 godziny zrobiła się 5-cio godzinna. W przyszłym roku czekają nas organizowane, wspólnie z Ukrainą, Mistrzostwa Europy w kopaniu "szmaty" i wydzieraniu ... "twarzy" co w związku ze stanem dróg może oznaczać, że jednak Majowie wieszczący katastrofę 2012 mieli rację. 
Na miejscu okazało się, że na zimne, przedlistopadowe warsztaty skusiło się niewiele osób pomimo, że były organizowane w ciepłej, drewnianej chacie. W piątek uczestnicy, którzy dotarli (szt. 2), spali po królewsku. Kolega z Warszawy miał do dyspozycji całą, ogrzewaną kominkiem izbę a ja już znacznie wcześniej zaplanowałem nocleg poza czterema ścianami.
W sobotni ranek, gdy pojawiły się kolejne 3 osoby zaczęliśmy pozyskiwać rośliny do śniadania. Przy okazji Łukasz prezentował nam inne gatunki roślin jadalnych. Ostatecznie na talerzach wylądowały placki/racuchy z żywokostem i posiekany liść rzepaku na przekąskę. 
placko-racuchy z żywokostem lekarskim

Po odbudowaniu nadwątlonych sił, powędrowaliśmy pod górę celem zdobycia czegoś bardziej konkretnego na obiad. W trakcie wędrówki grupa poznawała mijane rośliny, które bardziej lub mniej nadawały się do spożycia. Przed wejściem do lasu przegryźliśmy po kilka orzeszków bukowych i nakopaliśmy trochę kłączy czyśćca błotnego. 
zdobywanie wiedzy

A w lesie czekał nas kolejny zastrzyk wiedzy i ukryte poletko myśliwskie z rosnącym na nim topinamburem. Tutaj postój trwał dłużej, gdyż znowu w ruch musiały pójść łopaty. W drodze powrotnej, do worków trafiły jeszcze, owoce kasztanów jadalnych (nasadzonych przez organizatora), liście pokrzywy i ostrożnia łąkowego oraz kilka cebulek czosnku niedźwiedziego a także kilka ocalałych po przymrozkach grzybów.
Obiad składał się z zupy, której bazę stanowiły posiekane liście ostrożnia łąkowego i porzyw, plasterki bulw słonecznika bulwiastego. Znalazły się w niej też zebrane grzyby i trochę posiekanego liścia rzepaku. Jako dodatkowy zapychacz posłużył ugotowany oddzielnie ryż. Zupa była w wersji ortodoksyjnej (bez przypraw) i pikantnej - curry. 
 zielona zupa w wersji ortodoksyjnej

Jako danie "drugie" zaserwowano frytki z kłączy czyśćca błotnego i chipsy z bulw słonecznika bulwiastego (topinamburu). 
 frytki z kłączy czyśćca błotnego

Oprócz tego, najmłodszy uczestnik znalazł gniazdo pospolitych mrówek, kilka wiji i larwę, które zostały uprażone jako szybka przekąska.
Po chwili przerwy znów ruszyliśmy w teren. Tym razem zbieraliśmy tarninę ale po drodze uczestnicy warsztatów mogli zapoznać się z wieloma innymi roślinami jadalnymi. Do ciekawszych należały kokoryczka wielokwiatowa o jadalnych (po odpowiednim przygotowaniu), bogatych w skrobię kłączach i owocująca konwalijka dwulistna. Jej czerwone owoce nadają się do spożycia tylko w niewielkiej ilości (zawierają saponiny i glikozydy nasercowe).
Na kolację jedliśmy makaron z mąki uzyskiwanej z kłączy paproci orlicy (kupiony przez Łukasza w Chinach, w którymś z wpisów postaram się opisać proces przygotowywania takiej mąki) z posiekanymi liśćmi pokrzywy i cebulkami czosnku niedźwiedziego. 
makaron z orlicy z zielonym dodatkiem

Do tego na przegryzkę podano odgoryczone, gotowane żołędzie, gotowane cebule lilii i orzechy kotewki (którą Łukasz hoduje)
gotowane cebule lilii

Niedzielny ranek zaczął się na pobliskiej łące gdzie zbieraliśmy liście wrotycza pospolitego i krwawnika pospolitego. Zostały one użyte jako przyprawa do jajecznicy przyrządzonej z wrotyczem na sposób angielski i krwawnikiem na sposób bodajże podkarpacki.
Po nabraniu sił i wyłuskaniu kasztanów z kolczastych łupinek, ruszyliśmy w teren. Tym razem do worów trafiła dzika róża, liście barszczu zwyczajnego i podbiału, korzenie dzikiej marchwi, korzenie wiesiołka. Dodatkowo zaliczyliśmy spacer przez dębową szkółkę Łukasz i wykopaliśmy kilka bulw żywca gruczołowatego oraz korzeni łopianu.
dzika marchew (u góry) i podobna do niej trybula leśna (u dołu)

Obiad przygotowany na ognisku składał się z curry przygotowanego z kłączy czyśćca błotnego, bulw słonecznika bulwiastego posiekanych na plasterki, korzeni dzikiej marchwi, cebuli, liści pokrzyw i barszczu zwyczajnego, namoczonych wcześniej i ugotowanych nasion wyki ptasiej, odgoryczonych żołędzi, grzybów i makaronu ryżowego (kluseczek?) w postaci szerokich wstążek.
 wieloskładnikowe curry

Przegryzkę stanowiły chipsy z bulw słonecznika bulwiastego i pieczone kasztany jadalne.
 upieczony kasztan jadalny

Następnie pojechaliśmy zbierać kłącza pałki szerokolistnej wykopując przy okazji kilka korzeni pasternaku zwyczajnego.
Wieczorem w chacie Łukasza praca wręcz wrzała. Oprócz przygotowania ketchupu z owoców dzikej róży i cukierków z kłączy tataraku, wszyscy zajęli się przyrządzeniem gołąbków z farszem składającym się z ugotowanego ryżu, kiszonych liści czosnku niedźwiedziego i kiszonych rydzy. Całość była zawijana w sparzone liście podbiału. Jako szybka przegryzka posłużył gotowany korzeń wiesiołka, korzeń pasternaku (na surowo), frytki z korzenia łopianu i gotowane kłącza pałki szerokolistnej.
 zawijanie farszu do gołąbków w liście podbiału

 gotowe gołąbki 

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. W nocy, leżąc w śpiworze pod płachtą ustawiłem budzenie na morderczą 2.30 (ominąć korki) i zgasiwszy światło wychyliłem się nieco aby podziwiać rozgwieżdżone niebo. Gdzieś tam w mgnieniu oka błysnął spalający się w atmosferze meteor a ja uświadomiłem sobie, że nie zdążyłem pomyśleć życzenia. Ale i tak tam jeszcze powrócę! ;-)

sobota, 10 września 2011

Korzenie saperką kopane

Właściwie tytuł tego posta miał brzmieć "Co ma wisieć - nie utonie" albo "Co się odwlecze to nie uciecze", ze względu na fakt, iż odłożone w ostatni weekend sierpnia korzeniobranie nareszcie doszło do skutku. Z przyczyn obiektywnych (roboty wyszukiwarek) tytuł jest, jaki jest. :-)
Popołudniową porą wrzuciłem do plecaka saperkę, trochę reklamówek, morkę i kurtkę przeciwdeszczową. Po wytachaniu rowerka z piwnicy ruszyłem nad pobliski ściek (ze względu na 88km biegu, szumnie nazywany rzeką) w celu dokopania kilku korzeniom. Plan wyprawy był bardzo ogólny: pozyskać korzenie wiesiołka dwuletniego i... coś jeszcze, po czym wrócić do domu i przekształcić zbiory w coś co da się spałaszować ze smakiem.
Mój leciwy, zgrzytająco-skrzypiący wehikuł niósł mnie lekko przez leśne dukty i takie jedno bogate w grzybienie zalewisko. Co jakiś czas mijałem się z sobotnimi fanami dwóch kółek (dowcip komentatorski: cudowne dziecko dwóch pedałów). Jeden z nich, zapędziwszy się daleko od swego matecznika rozpytał mnie o drogę. Widać na mapie się nie znał bo śmignął obok punktu trasy rowerowej wyposażonego w duuużą mapę (chwała wam włodarze mego miasta!) nawet na nią nie spojrzawszy. Gość nie podjął wyzwania i postanowił na najbliższym skrzyżowaniu rozstać się z moją personą. W sumie kompan ze mnie dziwny: krótko wycięty, z dwudniowym zarostem, spodnie w kamuflażu, rower w kamuflażu, koszulka oliv i takowy plecak wypchany nie wiadomo czym - no kuźwa jak nic: terrorysta.
Ten "terrorysta" wyjechał z lasu na przedrzeczne nieużytki i napotkał krwiściąg lekarski. Młode liście mają orzechowo-ogórkowy smak.
 krwiściąg lekarski

Zebrałem trochę liści z myślą o przygotowaniu sałatki do dania z korzeni.
Następnym punktem programu było wiesiołkobranie. Korzenie wiesiołka dwuletniego po wysuszeniu mogą być mielone na mąkę. Niemniej cała roślina jest jadalna.
 korzenie wiesiołka dwuletniego

Wykopałem korzenie roślin jednorocznych i doszedłem do wniosku, że młode liście z rozet po lekkim obgotowaniu usmażę w oleju.
Następną rośliną, którą zdecydowałem się wykopać był chrzan pospolity.
fragmenty korzenia chrzanu na liściach

W tym momencie zaczęła mi się już w głowie klarować wizja konkretnej potrawy. Potrzebowałem jeszcze jednego składnika, który znalazłem w mizernej wielkości ale dość sporej ilości jakieś 1,5km dalej.
 korzenie marchwi zwyczajnej wraz z nacią

Marchew zwyczajna. Rośnie wszędzie tam gdzie nie może jej wybrać dzika zwierzyna. W odróżnieniu od naszej pomarańczowej marchewki rodem z Holandii, ta ma białe korzenie. Jako roślina dwuletnia, najlepiej nadaje się do pozyskania w pierwszym roku i wiosną drugiego. Do plecaka wrzuciłem korzenie wraz z natką. Standardowo w użyciu domowym natkę się wyrzuca, ale survival rządzi się innym prawami. W przetrwaniu należy wykorzystywać jak najwięcej zasobów. Daje to też punkty "ekologiczne". Niszczę coś ale jednocześnie jak najmniej marnotrawię.
Poszukałem jeszcze grzybów z nadzieją, iż uda mi się znaleźć jakąś kanię (sowę) z której mógłbym zrobić kotlety. Niestety na tym polu zupełna posucha. Musiałem zadowolić się serią zdjęć dokumentujących różne nadrzeczne rośliny, kilkoma spożytymi ad hoc owocami czeremchy i podziwianiem dziczych buchtowisk.
Drugi etap zaczął się wraz z powrotem w domowe pielesze. Najpierw oczyściłem przyniesione rośliny. Korzenie wiesiołka dwuletniego skrobie się bardzo łatwo. Są trochę śliskie po oczyszczeniu gdyż zawierają śluz.
 lewy dolny róg i z zgodnie z ruchem wskazówek zegara:
korzenie chrzanu pospolitego, wiesiołka dwuletniego, marchwi zwyczajnej,
liście krwiściągu lekarskiego i marchwi zwyczajnej przygotowane do blanszowania

Młode liście marchwi i krwiściągu lekarskiego poddałem blanszowaniu a później zmiksowałem wraz z kawałkiem korzenia chrzanu, pieprzem, solą i olejem jadalnym na zielone pesto. Pokrojone w talarki korzenie wiesiołka dwuletniego i marchwi zwyczajnej wrzuciłem do rondelka z osoloną zimną wodą i ustawiłem na małym ogniu coby wolno się gotowały.
 pokrojone korzenie wiesiołka dwuletniego i marchwi zwyczajnej

Równolegle, w drugim rondelku krótko obgotowałem zgrubnie posiekane liście wiesiołka. Po odcedzeniu i posiekaniu, dodałem do nich jajko, 2 łyżki oleju, mąkę, pieprz, sól i zacząłem wyrabiać ciasto. Ciasto musi być ciut gęstsze niż naleśnikowe. 
 ciasto na niesłodkie racuchy z liśćmi wiesiołka dwuletniego

W przypadku gdy jest za gęste możemy ratować się dolaniem wody albo uprzednio odlanego wywaru z liści. Z ciasta usmażyłem na patelni racuchy (olej), które docelowo wylądowały na talerzu posmarowane zielonym pesto.
Tuż przed końcem gotowania korzeni, dodałem do nich posiekane pół ząbku czosnku. Szukałem w terenie czosnku winnicowego ale niestety w tamtej lokalizacji on nie występuje. Nieco dalej można spotkać czosnaczek pospolity ale ze względu na moje lenistwo odpuściłem sobie jego pozyskanie.
Ostatecznie potrawa prezentowała się w ten sposób:
 Wielki finał. Gotowane korzenie polane olejem, doprawione solą, pieprzem i suszoną lebiodką pospolitą (oregano). Do tego racuchy z liści wiesiołka dwuletniego z pesto na bazie liści marchwi zwyczajnej, krwiściągu lekarskiego i korzenia chrzanu.

Przyznam, że danie jest bardzo sycące. Gotowane korzenie wiesiołka nie były włókniste i uważam, że jest to całkiem sympatyczne dzikie warzywo.

sobota, 3 września 2011

Pół kilometra z nosem przy ziemi - część 4

Ostatnia część pasjonującej (przynajmniej dla mnie ;-) ) polnej wyprawy.
Zacznę od prezentacji ziółka z zółtymi kwiatami o drobnych liściach:
kwiaty dziurawca zwyczajnego

dziurawiec zwyczajny - przy patrzeniu pod światło widać charakterystyczne pęcherzyki

Dziurawiec zwyczajny ma działanie antydepresyjne, antybakteryjne, przeciwzapalne i ułatwiające trawienie. Można używać go zewnętrznie do odkażania ran. Liście można dodawać do sałatek lub aromatyzować nimi nalewki. Pije się je też w połączeniu z miętą jako orzeźwiającą herbatkę.
Reakcją niepożądaną może być uczulenie na światło słoneczne.

Z innych roślin sałatkowych napotkałem także rdest plamisty.
 rdest plamisty

Oprócz sałatek, tak jak inne rdesty (poza r. ostrogorzkim), nadaje się on do wykonywania zielonych (przetartych/zmiksowanych) smarowideł do podpłomyków czy też nadziewania mięsa.

Teraz dwie rośliny z rodziny selerowatych.
Pierwszą z nich jest biedrzeniec mniejszy. Jego liście można dodawać do zup jako zamiennik zbliżony smakiem do lubczyku.
biedrzeniec mniejszy - baldach

biedrzeniec mniejszy - liść

Drugą, nieco bardziej znaną jest barszcz zwyczajny.
barszcz zwyczajny - baldach z kwiatami i owocami

Użycie barszczu zwyczajnego w naszej współczesnej kuchni to wyprawa etnobotaniczna w ślady naszych słowiańskich przodków. Młode pędy i ogonki liściowe można gotować jako zupę. Jeść kiszone. Kiszone gotować jako zupę ;-)

Z selerowatych przeskakuję na kapustowate. Na krawędzi pola wypatrzyłem tasznik pospolity.
tasznik pospolity

Liście tej rośliny można jeść na surowo. Smak będzie różny. Od piekąco-ostrego po gorzki. Nasiona są raczej piekące. I liści i nasion można używać jako przyprawy do zielonego pesto lub podpłomyków. Nadają się też jako przyprawa do zup i po wysuszeniu i sproszkowaniu - mięs.
Nie należy przesadzać z ilością, gdyż tasznik ma działanie poprawiające krzepliwość krwi i może powodować powstawanie zakrzepów.

Ostatnią rośliną w tym wpisie będzie wiesiołek dwuletni.
rozeta liściowa wiesiołka dwuletniego w pierwszym roku wegetacji

Mylony bardzo często z dziewannami, wiesiołek w całości nadaje się do spożycia. Posiekane liście i korzenie  używa się jako dodatek do zup. Drobno posiekany i wysuszony korzeń można mielić na mąkę.

To tyle jeśli chodzi o mój półkilometrowy spacerek po nieużytkach. 
Nie opisałem kilku innych ciekawych roślin spotkanych podczas tej wędrówki. Nic jednak straconego. :-) Prędzej czy później zagoszczą na tym blogu.