czwartek, 11 listopada 2010

Sztoła - czysta rzeka

Dzisiaj wędrowałem wzdłuż rzeki Sztoły.
Szybki nurt, piach w korycie, woda krystalicznie czysta - Sztoła przed Bukownem

Cała wyprawa zaczęła się tuż obok zbiornika "Leśny dwór", gdzie do koryta Sztoły wpada rzeczka Baba a właściwie kanał odprowadzający wody z ZGH Bolesław. Moja droga wiodła najpierw prawym brzegiem w górę rzeki wcinającej się głębokim wąwozem w piaszczyste wydmy. Tuż za terenem ośrodka z reklamą "Strzelectwo, paintball, ASG, Sztoła tworzy spore rozlewisko odcięte osunięciem.
Osunięcie

Na zdjęciu widać wyraźnie, że zachodzi proces spełzywania gruntu. Pnie drzew mają charakterystyczny łukowaty kształt. Utworzony przed tą naturalną zaporą zbiornik jest płytki. Niemniej zauważyłem w nim kilka pływających okonków.
Na prawym brzegu dominują sosny. W sumie nic dziwnego bo na piaskach czują się wyśmienicie. Lewy brzeg stanowi mieszankę sosen i buków. Im wyżej, tym mniej piasku (wydmy?) a więcej gleby utworzonej na skałach węglanowych. Tuż przed terenem byłej jednostki rakietowej znajduje się szeroka dolina zabudowana ruderami działkowymi. Jednostkę ominąłem trzymając się twardo rzeki. Odbiłem tylko na brzeg wąwozu aby przyjrzeć się strzelnicy. Przejrzałem pełniący rolę kulochwytu wał z piasku i wydłubałem z niego nieco pocisków. Śladów po wojsku niewiele. Trochę pordzewiałych pocisków od "kałacha". Sporo płaszczowych z pistoletów i zwykłej .22 z KBKS a także śrutu z wiatrówek. Sporym zaskoczeniem dla mnie, było znalezienie kulek i innych pocisków do broni czarnoprochowej. Widać, że strzelnica dalej służy celowi dla którego powstała.
Sztoła niesie swym korytem duże ilości piasku. Właściwie to im dalej w dół rzeki tym koryto bardziej "przesiąka". Dopiero zrzut wody przemysłowej z ZGH Bolesław nieco "zabetonował" koryto.
Erozja

Przy okazji szukałem roślin jadalnych. Piaski prawego brzegu były nieco ubogie. W runie leśnym dominowała borówka brusznica (oczywiście już za późno na boróweczki) i paproć orlica (orlica pospolita). Bliżej rzeki pojawia się sitowie leśne, podbiał pospolity i ostrożeń błotny. Czasem można trafić na szczawik zajęczy i kępy mięty. Przy jednym ze źródeł zrobiłem sobie krótki popas a następnie ruszyłem w drogę powrotną lewym brzegiem rzeki.
Źródło (czysta woda bez wyraźnego smaku i zapachu)

Ten brzeg miejscami jest bardziej stromy i wyższy. Pojawiają się częściej buki a wraz z nimi ciekawe rośliny poszycia. Między innym kruszczyki szerokolistne (tak - w Polsce też mamy storczyki). Dodatkowo wypatrzyłem głóg, pokrzywy, podagrycznik pospolity, lebiodkę (oregano), macierzankę, biedrzeniec mniejszy, pędy malin i liście poziomek oraz kilka drzew owocowych pozostałych po dawnych osadach.

Biedrzeniec mniejszy

Warto wybrać się nad tą rzekę i zabrać na "pamiątkę" jeden czy dwa śmiecie. Niestety coraz więcej ich można spotkać w korycie Sztoły.
Bez śmieci nawet mała rzeka potrafi zaskoczyć.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Jesienny zlot forum reconnet.pl (2010)

Wczoraj wróciłem z jesiennego zlotu forum reconnet.pl. Odbył się on pod Warszawą w lasach rembertowsko-okuniewskich. Jak do tej pory było to najliczniejsze spotkanie użytkowników tego forum (ponad 20 osób).
Zaczęło się od długiej drogi pokonanej czerwonym bolidem Drivera. Jechaliśmy w trójkę tzn. ja, Driver i Młody. Niepomni na ryzyko związane z poruszaniem się po naszych drogach pokonaliśmy dystans ponad 350 km aby dotrzeć do Warszawy.
Ciekawostka z trasy

Bolida pozostawiliśmy w Ossowie, gdyż był to punkt leżący najbliżej miejscówki zlotowej. Zakładałem, że chłopaki przygotują się do czekającej ich trasy i przeczytają chociaż post "warszawki" jak dotrzeć do obozowiska. Okazało się, że Młody i Driver myśleli, iż ja się przygotuję. :-) No cóż. Na szczęście mimo lenistwa wbiłem do swojego GPS'a współrzędne miejscówki. Nie mając mapy terenu przeciągnąłem przez krzaki całą ekipę bezpośrednio na "waypoint" obozowiska.
Przybyliśmy jako drudzy. W obozowisku rozgościł się już Dąb. Z żaru ogniska rozpalonego dzień wcześniej udało mu się rozniecić ogień. Rozpiąłem płachtę tak aby w przypadku ewentualnego deszczu mieć możliwość siedzenia pod nią i dłubaniu w celu zajęcia czasu.
Moje leże

Po kilku godzinach zaczęli schodzić się uczestnicy zlotu. Kawki, herbatki i dyskuzje przy płonącym ognisku przeciągnęły się do późnych godzin wieczornych. Przy okazji polało się trochę procentowych trunków a MichałN (aka Chloru) wyciągnął słoik marynowanych rozetek kalafiora.
Ok. 2.00 umordowany niemiłosiernie walnąłem się w pierze (puchówkę). Nie dane mi jednak było swobodnie pospać. W dwie godziny później pojawiła się kolejna ekipa, która świecąc czołówkami po oczach i błyskając fleszami aparatów (japońska wycieczka?), domagała się "godnego" przyjęcia. Ponieważ nie byłbybym w stanie spać w takiej atmosferze, pozbierałem się z legowiska by wraz ze Slaq'iem towarzyszyć marudzie ;-)
Świt zastał mnie już po śniadaniu i herbatce. Lekko przymulony wybyłem z ekipą aby przejść się po terenie i odwiedzić miejsce poprzedniego zlotu. Po drodze szukaliśmy roślin jadalnych i zwierzęcych kości w celu wykonania z nich przedmiotów użytkowych. Znaleźliśmy również kilka pocisków artyleryjskich (bez wkładu pirotechnicznego). Jeden z nich wrócił z nami do obozowiska.
Tak to właśnie to na co to wygląda

Po powrocie do miejsca zlotu, poczęstowałem ekipę kiszonym czosnkiem niedźwiedzim oraz moją ostatnią produkcją: piwem łopianowo-imbirowym. Czosnek niedźwiedzi wzbudził szerokie uznanie. Piwo raczej umiarkowane.
Następnie zaczęliśmy przygotowywać produkty do gulaszu wg. przepisu podanego przez Puchala i pod jego bezpośrednim nadzorem. Gdy poszczególne składniki zaczęły lądować w kotle, zająłem się dłubaniem w drzewie "superszybkiej" łyżki.
Pozostała część zlotowiczów, robiła podpłomyki w 101 smakach, częstowała własnymi wyrobami i włóczyła się z różnymi "sprawami" po okolicy. W międzyczasie pojawił się Miki, który zaskoczył wszystkich zlotowiczów, problemami z nawigacją i przytarganiem ze sobą dwóch potężnych neseserów. Okazało się, że w człowieku wieku słusznego płynie bushcrafterska krew, a nesesery zawierają naczynia, uniwersalny czajnik, promile i różnego rodzaju spożywcze wikatuły.
Ukoronowaniem soboty był gulasz, który rozgrzał nasze żołądki i serca.
Gulasz zlotowy pod kierownictwem Puchala

Przy ognisku siedziałem i dykutowałem do godziny 12.00. Pobudka o 6.00 czasu nowego (7.00 starego). Dotrzymałem towarzystwa Bartoszowi, który w pół godziny później musiał wracać w domowe pielesze. W między czasie zaczeli powoli wstawać kolejni zlotowicze. W ostatnim dniu skończyła nam się woda i musieliśmy zadowolić się cieczą filtrowaną z rzeki Długiej.
Miki filtruje wodę z Długiej

Uczestnicy zlotu powoli zwijali swoje tarpy, namioty i płachty. Zabierając ze sobą część śmieci wyruszali w drogę powrotną do domu.
W ostatnim dniu głupio palnąłem, że kolejny zlot powinien odbyć się tam gdzie padnie zrobiona z brzozy przez Grzymka, gulaszowa chochla. Gdy wyruszałem w drogę chłopaki wcisnęli mi ją do ręki. No cóż. Wygląda na to, że kolejny zlot forum reconnet.pl odbędzie się na południu. ;-) Teraz Wy będziecie się męczyć z dojazdem :-P
Gulaszowa (Grzymkowa) Chochla Zlotowa (GChZ)

sobota, 2 października 2010

Leśna kuchnia - Łopian większy

Dzisiaj wyrwałem się do lasu na spacer z psem ( i małżonką). Ponieważ dawno nic nie wrzucałem na bloga, postanowiłem opisać jedną z pospolitych roślin jadalnych.
Ta pierwsza bezdeszczowa sobota od dłuższego czasu przypomniała mi jak piękna potrafi być Polska jesień. Jesień to okres kiedy zwierzęta przybierają na wadze magazynując tłuszcz niezbędny do przetrwania zimy. W ten sam sposób postępują wieloletnie rośliny. W ich przypadku magazynem surowcowym są korzenie.
Wrzuciłem do plecaka składaną saperkę i powędrowałem w las. W planie miałem wykopanie dzikiej marchwi ale wszędzie napotykałem egzemplarze, które właśnie (złośliwie) w tym roku musiały wypuścić baldachy (kwiatostany). Marchew jest rośliną dwuletnią. Wszystkie tego typu rośliny w pierwszym roku rosną, magazynując w korzeniach składniki odżywcze. W roku drugim, cały zapas energii roślina poświęca na wykształcenie kwiatostanów.
Marchwi jednorocznej nie znalazłem. Natomiast natknąłem się na kilka kęp łopianu większego, zwanego popularnie rzepem. Akurat w tym przypadku obok roślin dwuletnich rosły egzemplarze jednoroczne (zimą szuka się liści egzemplarz jednorocznych odgarniając śnieg w pobliżu rzepowych suszków). Dla celów kulinarno-eksperymentalnych wykopałem dwa korzenie.

Wykopki


Pierwszy plan rośliny w drugim roku życia, w tle jednoroczne

Biały korzeń łopianu szybko traci barwę na powietrzu. Można go suszyć z przeznaczeniem jako dodatek do zup. Obecnie 3/4 z pozyskanych korzeni zamroziłem z zamiarem późniejszego wykorzystania. Korzeń można jeść również na surowo. Zawiera duże ilości inuliny, i tak jak w przypadku słonecznika bulwiastego (topinamburu), jej rozkład przez bakterie w okrężnicy powoduje powstawanie gazów jelitowych.
Młode liście ponoć są jadalne. Osobiście nie próbowałem jednak zacytuję Ł. Łuczaja: "według mnie mają ohydny smak". Za to młode łodygi i ogonki liściowe (obrane) nadają się do zup lub do kiszenia.
Łopian w Japonii, Chinach i na Jawie uprawiany jest jako warzywo. A w Wielkiej Brytanii robi się z jego korzenia napój. Mój wariant tego napoju, będzie opisany w innym wpisie do blogu.
Oprócz łopianu zebrałem trochę grzybów. Zbiór nie był obfity ale dwa rydze przeznaczyłem do dzisiejszej kolacji, trzy maślaczki do jutrzejszego śniadania a dwa kapelusze kani będą dodatkiem jutrzejszego obiadu ;-).

Siekanka łopianowo-rydzowa

Korzeń łopianu po oczyszczeniu pokroiłem w słupki grubości 3-5mm i długości 5 cm. Następnie podsmażyłem je na łyżce oleju do chwili aż zaczęły lekko brązowieć (trochę bardziej brązowe można po posoleniu jeść jako frytki). Dorzuciłem grubo posiekane kapelusze rydzy i smażyłem razem przez ok. 5min. Następnie dolałem 3 łyżki sosu sojowego i 1 łyżeczkę miodu. Po kolejnych 3 minutach dolalem 1/3 szklanki wody i dusiłem pod przykryciem na małym ogniu ok. 10 min. Następie, już bez pokrywki, mieszając odparowałem nadmiar wody i dodałem trochę świeżo zmielonego pieprzu (sos sojowy jest słony).

Wszystko już wesoło bulgocze w rondelku

Gotowe danie powędrowało od razu na talerz.
Potrawa jest sycąco - zamulająca. Związane to jest jak przypuszczam, z działaniem leczniczym korzenia łopianu. Mianowicie zmniejsza on wydzielanie kwasu żołądkowego, jednocześnie zwiększając wydzielanie śluzów w przewodzie pokarmowym (za wikipedią). Najlepiej przepijać taką kolację półsłodkim lub nawet półwytrawnym winem.

Korzeń łopianu większego z rydzami w sosie sojowym

No to chlup...